Łukasz Krzysztofka: Mija 5 lat od beatyfikacji m. Elżbiety Czackiej i kard. Stefana Wyszyńskiego. Jak Siostra wspomina tamten dzień?
S. Radosława Podgórska: Dla mnie był to dzień wielkiej radości, a przede wszystkim dziękczynienia. Wydarzenie, które wcześniej wydawało się nam bardzo odległe, a wręcz niemożliwe, stało się rzeczywistością. Odczuwałam w sercu ogromną wdzięczność, że dla Boga wszystko jest możliwe.
Dostrzega dzisiaj Siostra duchowe owoce beatyfikacji?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Widzę wiele owoców i prawie każdego dnia się wzruszam. Najbardziej, gdy jestem w kaplicy w Laskach, dokąd wiele osób przyjeżdża na Mszę św. albo aby się pomodlić – szczególnie zauważamy to w weekendy. Prostą drogą wędrują wtedy do sarkofagu m. Elżbiety. Zapełnia się kolejna księga próśb i podziękowań. Wiele osób odwiedza też muzeum, idąc śladami obecności m. Elżbiety, słuchają z zaangażowaniem całej historii. Siostry przyjmujące gości są świetnie przygotowane, prowadzą m. in. warsztaty dla dzieci i młodzieży, w których pokazują świat, gdy zabraknie światła fizycznego – wzroku. Owoce duchowe to przede wszystkim modlitwa i zaufanie wielu osób, które podkreślają, że przyjeżdżają do Lasek jako turyści, a wracają jako pielgrzymi.
Z jakimi intencjami ludzie zwracają się do m. Elżbiety?
Reklama
Najczęściej są to prośby o uzdrowienie z różnych chorób, ale także błagania o powrót do wiary dla bliskich, odzyskanie wzroku duszy, pojednanie w rodzinach. Jest też bardzo dużo próśb o dar potomstwa.
Jak rozwija się kult m. Czackiej?
Na miarę niewielkiego dzieła, jakim są Laski, kult założycielki rozwija się w sposób zadziwiający. Przez pięć lat odwiedziło nas ok. 40 tys. pielgrzymów. Nie jest to może dużo, patrząc w skali Niepokalanowa czy Jasnej Góry, ale dla nas to naprawdę bardzo duża liczba. Wielu pielgrzymów porusza przykład życia m. Elżbiety, jej oddanie Bogu, zmaganie się z własną niepełnosprawnością, chorobą, cierpieniem, a jednocześnie jej męstwo i pogoda ducha. Męstwo szczególnie w czasie II wojny światowej i ostatniej choroby. A pogoda ducha wtedy, kiedy powstawało dzieło i co chwila natykała się na trudności. Dla wielu osób matka staje się patronką wydarzeń trudnych. Jest inspiracją ku temu, żeby się nie załamywać, tylko ufać Bogu.
Na jakim etapie jest proces kanonizacyjny założycielki Lasek?
Obecnie gorliwie modlimy się o cud potrzebny do kanonizacji. Zgłoszono kilka wydarzeń, które można uznać za szczególną łaskę, ale w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych poradzono nam, żeby poczekać na bardziej ewidentne uzdrowienie. Osoby, które doświadczyły łaski powrotu do zdrowia, są przekonane o wstawiennictwie m. Elżbiety i dla nich to jest „cud”, ale od strony procesu kanonizacyjnego pozostaje 10-20 proc. „dubium”, czyli wątpliwości czy wyzdrowienie wykraczało poza możliwości medycyny lub organizmu ludzkiego.
Reklama
Matka Elżbieta pokazała swoim życiem, że ciemność może prowadzić do światła. Jak w codzienności odczytywać to zaproszenie m. Elżbiety?
Myślę, że przede wszystkim to jest zaproszenie do drogi duchowej. Matka Elżbieta pokazuje nam, że ciemność fizyczna nie zamyka drogi duchowego światła do serca człowieka, do ukochania Boga, zaufania Mu i pogody ducha. Uczy jak oddawać Mu wszystko i ukazuje, że nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia.
W jakich okolicznościach zeszły się w Laskach drogi m. Elżbiety i późniejszego prymasa Stefana Wyszyńskiego?
Ks. Stefan Wyszyński przyjechał do Lasek na zaproszenie czcigodnego sługi Bożego ks. Władysława Korniłowicza. (O cud za jego wstawiennictwem, który umożliwiłby beatyfikację również się modlimy). W 1926 r. ks. Wyszyński przyjechał pierwszy raz do Lasek i zachwycił się postawą duchową m. Elżbiety. Najbardziej aktywna współpraca nastąpiła w czasie II wojny światowej, kiedy ks. prof. Wyszyński posługiwał jako kapelan w Laskach i jednocześnie był zaprzysiężony w Armii Krajowej jako Radwan III. Towarzyszył wówczas m. Elżbiecie w codziennej lekturze jako lektor, wspierał w redagowaniu Konstytucji Zgromadzenia i wykładał społeczną naukę Kościoła dla osób, które przebywały w Zakładzie dla Niewidomych. Równocześnie towarzyszył partyzantom AK, słuchając spowiedzi i wspierając duchowo rannych w szpitalu w Laskach. Wielu młodych żołnierzy mówiło, że przetrwają operację bez znieczulenia, jeżeli ks. Wyszyński będzie trzymał ich za rękę.
Reklama
Już po wojnie prymas Wyszyński przyjeżdżał do Lasek?
Tak, wielokrotnie, oczywiście z wyjątkiem czasu lubelskiego. Triduum Paschalne prymas spędzał w Laskach. Przyjeżdżał również wtedy, gdy matka Elżbieta była ciężko chora. Kiedy otrzymał wiadomość, że zbliża się moment jej przejścia do nieba, w drodze do Gniezna zajechał do Lasek. Natomiast po śmierci matki, wracając z Gniezna ponownie wstąpił do Lasek, modlił się przy matce, a na pogrzebie wygłosił homilię, która jest poruszającym świadectwem ich relacji, współpracy i duchowej przyjaźni. Do końca swego życia prymas uważał się za duchowego opiekuna dzieła Lasek i kontynuował regularne wizyty.
Z czego wypływała ta duchowa więź?
Wydaje mi się, że łączyła ich miłość do Boga, patrzenie w jednym kierunku – każde z nich miało oczy skierowane ku Bogu, ku niebu. Łączył ich też hart ducha i męstwo. Prymas i matka to moim zdaniem herosi w oddaniu Bogu, w pójściu pod prąd wbrew wszystkiemu, co nie jest Boże. Oboje mieli niesamowitą odwagę i determinację w drodze ku Bogu, determinację w miłości i podejmowaniu wyzwań każdego dnia.
Odczuwa Siostra opiekę m. Elżbiety na co dzień?
Oczywiście, zawsze gdy jestem w Laskach, kieruję się ku sarkofagowi m. Elżbiety i proszę ją: Matka była pierwsza, a teraz ja, nieśmiała kontynuatorka matki... Proszę matkę zawsze o pomoc, wstawiennictwo i czuję, że ona jest. Nie jest to wstawiennictwo, które rozwiązuje każdy problem automatycznie, ale jest obecność, która ukazuje, że do nieba idzie się przez krzyż. Daje też nadzieję, wytrwałość i zaufanie Bożej Opatrzności, że Bóg powołał to dzieło i je nieustannie prowadzi.
