Tak się mówi, gdy chce się uwydatnić nieokreślony, a krótki czas dzielący nas od mającego nastąpić wydarzenia. Lada chwila, lada moment – to jest czas nabrzmienia do granic wytrzymałości. Za moment np., zgodnie z prawami fizyki, odpadnie kropla zbierającej się wody. To dynamika czegoś już przesądzonego, postanowionego, niepowstrzymanego. Nie da się już tego odwrócić ani zmienić. W tym sformułowaniu nie ma ani krzty wahania, to wydarzy się na pewno. Jesteśmy tylko niemymi, bądź głośnymi, bo można krzyknąć z przerażenia czy zaskoczenia, świadkami, gdy mamy świadomość tego, co nieuchronnie nastąpi.
Czy to jest jeszcze kategoria czasu, czy już określenie przeznaczenia? Ktoś przed nami rozpostarł zasłonę. To metafora, ale bardzo bliska rzeczywistości. Poznajemy powierzchniowo, zadowalamy się pozorami, umyka nam to, co ważne, w poznaniu dochodzimy do ściany. Tego, co przed tą zasłoną, jest na tyle dużo, że zmagamy się od wieków, z mozołem odkrywając kolejne prawa czy cząstki w budowie materii i daleko nam do końca.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Parokrotnie w historii gorącym głowom wydawało się, że teraz to już tylko kwestia niewielu lat, a odkryjemy wszystko i zrozumiemy cały kontekst. Korekty tego zachwytu następowały wraz z kolejnymi odkryciami, które pokazywały, jak ogromna jest wciąż dysproporcja między tym, co wiemy, a tym, co w świetle uzyskanej świadomości jest wciąż tajemnicą. I nauka pokorniała, a my z nią. A jest jeszcze ta rzeczywistość poza zasłoną. I jeśli nawet proporcja tego tu do tego tam jest taka jak np. materii do antymaterii, to jesteśmy w lesie. Coś gdzieś wiemy – bo przeczucie, bo echo czy odbicie, bo wyliczenia teoretyczne, niezrozumiały, jak dotąd, ślad. Wiemy, że powinno być, żeby model się spinał, ale nie potrafimy o tym powiedzieć czegokolwiek sensownego, a jeśli już nawet potrafimy, to niepewnie i z wahaniem.
Nie ustajemy w wysiłkach, przynajmniej ta część ludzkości, która od władzy woli wiedzę. Bo tamci w swojej pazerności gotowi są popchnąć świat do wojny i kataklizmu, byle było po ichniemu. A pośród tego wszystkiego są też objawienie i wiara. A one poszerzają i pogłębiają widzenie. Wydłużają nasz wzrok i pozwalają odnajdywać sens. Formują – nieśmiało, a pewnie – odpowiedzi na pytanie, po co to wszystko. I historia, pełna dramatów, i zmaganie, i trud, i morze cierpienia niewinnych i winnych, a zaślepionych. Skąd jesteśmy, dokąd zmierzamy, a nade wszystko, po co to wszystko? Bez sensownej odpowiedzi na te proste pytania z reszty wiedzy, choćby i ogromnej, wieje pustką. Można wiedzieć dużo, być specjalistą w swojej dziedzinie, szanowanym, nagradzanym z patentami i widokami na Nobla, ale nie mieć w sobie nadziei. Z astrofizyki, paleontologii czy też z ekonomi i choćby jej nie wykrzeszemy. Nie wynajdziemy, nie wyprodukujemy, nie wyćwiczymy, nie odkryjemy w badaniach mikroskopem elektronowym ani nie znajdziemy najczulszym z teleskopów. W tym względzie potrzebujemy daru, objawienia właśnie. I wiemy, że został nam dany. Tutaj nawet nie trzeba takiego wysiłku jak przy zdobywaniu wiedzy ani takich zdolności intelektualnych. To jest dar dla każdego. I tego, co pisze rozprawy, konstruuje rakiety międzygalaktyczne, rozbija jądro atomu, i tego, który nie potrafi nawet czytać. Tu kryterium udziału jest inne. Nie stopnie, tytuły, zasługi, odznaczenia, mianowania, wyborcze zwycięstwo, wyróżnianie się, wyrastanie ponad, dorobek, zasobność i koneksje, ale prostota serca.
Żeby przyjąć dar, człowiek musi chcieć być obdarowanym. Wiem, że nie mam i inaczej nie zdobędę. Dar jest na wyrost, bez zasług i spełnienia standardów. Tak obdarowuje tylko Miłość. Dlaczego tak trudno nam w to uwierzyć i wyciągnąć rękę? Albo dlaczego potrzeba nam na to odkrycie tyle czasu i szamotania? Objawienie jest tylko uchyleniem kotary, nie wszystko rozumiemy, wiemy i ogarniamy. To raczej test ufności, zawierzenia czy powierzenia siebie i całego świata. Nie mamy pełnej wiedzy, ale mamy pokój. Wiemy – a to niebagatelne – czyi jesteśmy. Czy to nam wystarczy? Niektórzy chcieliby jednak wiedzieć. Spokojnie. Lada chwila się dowiemy.
